Dziergonomia stosowana

Sarnie odnóża w zieleni o japońskich koligacjach

zdjęcie 4

Ten tytuł jest mało logiczny i mało stylistyczny, jeżeli miałoby to być po polsku, ale że będzie częściowo po japońsku, to uznałam, że może być i trochę na odwyrtkę i po skosie. Teraz to już w ogóle trudno się doszukać sensu. Nie ma się tym co przejmować, za chwilę wszystko się wyjaśni, a właściwie już poniekąd wiadomo, zważywszy na nieodległy wpis poprzedni.

Sarnie odnóża to inny sposób określenia, które zaproponowała Antracytowa w komentarzu do wspomnianego wpisu. Skojarzenie z raciczkami wybornie mi pasuje i bardzo się podoba, z tym, że ja nie przepadam za słowem raciczki. Dlatego wybrałam te sarnie odnóża, które wiele piękniejsze nie są, ale jednak jakoś mi tamto słowo zastępują.

W zieleni – kolor mówi sam za siebie. Chociaż nie, nie mówi, on powinien wrzeszczeć, ale oczywiście tej wścieklizny kolorystycznej mój aparat nie odwzoruje, dlatego można uznać, że kolor mówi. Zieleń radioaktywna, nienaturalna, nie moja, ale była do wykorzystania. Nie wiem, co to za włóczka, ponieważ została przewinięta zanim do mnie trafiła. Nie była pognieciona, więc chyba jest nowa. W praniu zostawia kłaki, ale nie ma charakterystycznego aromatu mokrej ściery ani psa (przyjmuję cudze określenie, choć niezbyt dobrze znam woń mokrego psa, natomiast umiem sobie wyobrazić), więc stawiam na akryl o strukturze mohairu, być może z domieszką niewielką czegoś naturalnego, ale w sumie to nie wiem, bo bardzo dobrze się z tej włóczki dziergało, a z prawdziwym mohairem bywa różnie. No już dobrze, dość rozmyślań na temat włóczki. Dodam jeszcze tylko, że była średniej grubości, której oczywiście nie znam, ale stawiam na 500 m w 100 g, a ja dziergałam podwójną nitką, tyle że ściśle, bo to miała być zwarta struktura, a nie dziurawa. Poszło dokładnie 91 g na drutach nr 3,25.

O japońskim koligacjach jest sarenka, albo i całe skarpetki, o których mowa, bo kolor zielony raczej się na takie powiązanie nie załapie. O japońskiej inspiracji pisałam sporo już poprzednio. Po zakończeniu pracy zastanawiam się, co jest bardziej japońskopochodne: cudna przeplatanka, widoczna na przodzie, czy ten oddzielony palec duży antyhaluksowy. Odnośnie funkcji relaksacyjnej dla dużego palca, muszę przyznać, że działa. Jeszcze nie próbowałam w butach, ale pochodziłam sobie po mieszkaniu i wierzcie mi – to jest komfort dla stopy. Wprawdzie ten model nie jest technicznie idealny, o czym za chwilę, ale funkcję swoją spełnia doskonale.

Miałam opisać proces twórczy 🙂 , ale właśnie – to jeszcze nie jest ideał. W sumie skarpetki są naprawdę proste do wykonania, dlatego napiszę ogólnie, a jak wypracuję ideał, którym będzie lepszy podział oczek na palcach, wtedy się zawezmę i skonstruuję cały opis wykonania.

Zatem ogólnie: oczka nabrałam osobno na duży palec, ale tak samo, jakbym zaczynała całą skarpetkę od palców, tyle tylko, że liczba oczek była odpowiednio mniejsza. Przerobiłam liczbę okrążeń potrzebną na całą długość palca. Następnie osobną nitką i na osobną żyłkę, ale tą samą metodą, nabrałam oczka na resztę palców. W tej części nie dodawałam oczek równomiernie po obydwu stronach – wiadomo, ze względu na kształt, jaki chciałam osiągnąć. To wszystko jest łatwe i przyjemne, szczególnie, że można sobie przymierzyć. Po osiągnięciu odpowiedniej długości połączyłam obydwie części i dalej dziergałam w okrążeniach tak, jak każde inne skarpetki. Oczywiście dodałam japońską przeplatankę (właśnie na tym etapie). Piętę robiłam wzmocnioną (nie wiem, kto wymyślił wzmocnioną piętę, spotkałam się z nią u różnych autorów), z dodatkową nitką w kolorze ciemnej zieleni, dzięki czemu udało mi się trochę złamać ten żywy kolor główny 🙂

I to właściwie wszystko. Nie robiłam na końcu ściągacza, ponieważ chciałam jak najdalej pociągnąć japoński wzór. Warkoczyki mają to do siebie, że składają się z prawych i lewych oczek w różnych kombinacjach i dzięki temu moje skarpetki na górze nie wywijają się. Wzór przeplatany jest tylko z przodu, z tyłu do samej góry kontynuowałam oczka ze wzmocnionej pięty, czyli w rzędach nieparzystych pary oczek: zdjęte prawe, normalne prawe, a w rzędach parzystych same prawe. Poza tym, że taki sposób przerabiania trzyma skarpetkę na nodze, mi się on po prostu podoba wizualnie.

zdjęcie 7

Trudno się fotografuje trzymając w rękach aparat, a stopy ponad ziemią, zwłaszcza, jeśli ktoś nie ma wyćwiczonych mięśni brzucha. Ale to tak ładnie na tle nieba wygląda.

nagłówkowe

Fotografia japońsko-chińska: skarpetki z motywami japońskimi i chusteczki do nosa przywiezione z Chin 🙂 (ale nie przeze mnie, ja tam nigdy nie byłam).

 

Dziergonomia stosowana

Od „Kwiatów polskich” Tuwima do skarpetek po japońsku

kwiaty polskie

Altana była naturalna,
Uformowana z bzu, leszczyny
I jakiejś bujnej plątaniny,
Przez którą przeświecając, słońce
Przesypywało blaszki drżące,
Przeróżne złocistości, plamki
I cienkie liści wycinanki.
W altanie stół, jak młyński kamień,
Stojący na kamiennej osi,
Upstrzony gęsto nazwiskami,
Inicjałami w dat chaosie,
Gdzie „Kuba bardzo kocha Zosię”.
Gdzie „R.K.” z „M.P.” w jednym sercu,
Przebici strzałą, razem sterczą,
Gdzie „Staś jest świnia” („a ty większa”),
Gdzie „Frenkiel” podpis swój upiększa
Profilem wyrzezanym z boku
W tysiąc dziewięćset trzecim roku…
Runiczny kamień! Gdybyż mogli
Uczeni w piśmie serc klinowem,
Tych letnisk Champoliony nowe,
Odczytać nam ów głaz-hieroglif!
Zwyczajnych ludzi zwykłe dzieje,
Codzienne sprawy ich i troski,
Nie mniej ciekawe niż koleje
Person tragedii Szekspirowskiej.
Tak kwiaty na zwyczajnej łące
Codzienne są, zwyczajne, znane,
A rosną z głębi wstrząsającej,
Z walki żywiołów opętanej
A potem – trzeba by Szekspirów,
By w wiekopomne zakuć słowa
Łódzkich Otellów, Królów Learów
I was, Ofelie z Tomaszowa!

Julian Tuwim „Kwiaty polskie”

Dzisiaj nie będzie o Tuwimie, ani o kwiatach, chociaż kwiaty znajdują się w tle jako rekwizyt. One właśnie przypomniały mi ten fragment poematu Juliana Tuwima, fragment, którego kiedyś nauczyłam się na pamięć (lubiłam uczyć się na pamięć wierszy), a który – jeśli się człowiek uprze – można powiązać z moją nową robótką. O niej właśnie chciałam dzisiaj napisać. Jest jeszcze w trakcie, ale tak mnie cieszy, że koniecznie chcę się nią z Wami podzielić.

Zacznę od początku: na początku był czerwiec – miesiąc tematyczny japoński u Intensywnie Kreatywnej. Odkąd pamiętam ciągnęło mnie do japońskiej tematyki, więc tylko czekałam aż zwolni mi się przestrzeń czasowa, którą będę mogła zagospodarować na te śliczne wzorki. Czas przyszedł dopiero po zakończeniu i zgłoszeniu dzieła konkursowego, o którym pisałam ostatnio. Ja zarobiona jestem i niestety, nie mogę sobie podziergać wszystkiego, co mi w danym momencie ciśnie się na druty i do głowy, a już na pewno nie jest możliwe dzierganie wszystkiego naraz. Nie pytajcie, skąd mam czas, żeby o tym się rozpisywać – niech stosy nieuprzątniętych papierów na stole będą wystarczającą odpowiedzią.

Jeszcze podczas pracy nad płaszczykiem zaczęłam rozmyślania na tematy japońskie, a mianowicie, gdzie by ten wzór niezwykły zastosować, bo szala nie chciałam z kilku względów: szala nie potrzebuję, szal zająłby mi wiele czasu, a ja chciałam po prostu porobić sobie po japońsku troszeczkę, by pocieszyć oko drobnymi warkoczykami, w końcu – na szal potrzebowałabym dużą ilość przyzwoitej włóczki w jednym kolorze, a tę musiałabym kupić, gdyż wolnych zasobów nie posiadam; nie posiadam ponadto miejsca na kolejne zasoby, mam natomiast mocne postanowienie wykorzystania tych włóczek, które już mam i które leżą i leżą, i czekają na dobry pomysł. Szczęśliwie pomysł przyszedł – skarpetki! To jest coś, co można zrobić z niewielkich ilości, co w dodatku bardzo lubię robić i co mi się bardzo przyda. Kilka dni temu zrobiłam przegląd pudeł i toreb z włóczkami i wybrałam kłębki, których kolor determinuje zastosowanie – gdzieś, gdzie nie będzie za bardzo widać. Kolor jest nie do uchwycenia na zdjęciu, ale napiszę wprost – to sztuczna zieleń, radioaktywna, jak ją kiedyś nazwałam. W sam raz na skarpetki do moich ciężkich butów wojskowych na jesienne, a może i zimowe chłody.  Rozplanowanie japońskiej plecionki na skarpetkach nie było trudne – włóczka nie jest bardzo cienka, więc na przód złożony z 19 oczek przypadło całe powtórzenie zaproponowanego przez Intensywnie Kreatywną wzoru, który znajduje się tutaj. Mam na myśli nie wszystko to, co jest na schemacie, ale część środkową z ozdobnym medalionem. Szczegółów nabierania, dodawania oczek etc. nie wypisuję, przyjdzie na to czas po zakończeniu skarpetek, żeby nie było na raty.

Kiedy zaczynam skarpetki, zwykle nabieram oczka osobno na każdą z nich i produkuję je pojedynczo do momentu, gdy, że tak napiszę, wyjdę z pięty. Wtedy dokładam jedną skarpetkę do drugiej i dalej dziergam jednocześnie. W ten sposób, jeśli trzeba coś pruć czy zmieniać, nie ma smutku, że oto dwie sztuki są do unicestwienia lub modyfikacji. Poza tym, tak jest mi zwyczajnie wygodniej pracować. Z japońskimi skarpetkami, o których dzisiaj piszę, było tak samo. I dobrze, ponieważ pierwsza wersja poszła w całości z powrotem w kłębek. Nie dlatego, że coś mi nie wyszło, ale dlatego, że wpadłam na to, jak te skarpetki dostosować do moich osobistych potrzeb. Przypadkiem, przy okazji,  „zjaponizowałam” je bardziej, niż było to w planie. Rzecz w tym, że ja mam haluksa (zaczęło się jeszcze w liceum i to był szczyt niesprawiedliwości, bo ja nie chodziłam na obcasach, a to jest podobno często przyczyną powstawania haluksów, ani w zbyt ciasnych butach nie chodziłam i w ogóle tego nie pojmuję, jak się to stało, chyba genetycznie na mnie przeszło). Ten ból, który czasem mnie dobija podczas chodzenia, a czasem i nawet kiedy siedzę lub leżę, motywuje mnie do szukania różnych sposobów na ulżenie w męce. Kiedyś odkryłam, że dobrym rozwiązaniem do butów, które zakrywają całą stopę, w których stopa jest poniekąd uwięziona, są skarpetki z palcami – mam takie kupione, jedną parę, ale dość cienkich. I tak mi przyszło do głowy, że może bym sobie w tych oto teraz dzierganych skarpetkach wygospodarowała osobne miejsce na ten biedny palec, żeby go przynajmniej skarpetka nie ściskała. Wszystkich palców oddzielać nie potrzebuję, więc pomysł okazał się nie tylko łatwy, ale i szybki w realizacji. Na dodatek pasuje mi do japońskiego tematu, bo przecież takie skarpetki sprawdziłyby się doskonale do tzw. klapek japonek, gdzie jeden palec jest oddzielony od pozostałych. Tak, tak, wiem: nikt nie zakłada skarpetek do japonek, to jest obuwie na upały, ale że by pasowało – temu zaprzeczyć nie można. Nie miałam zatem strapienia prując do cna pierwszą skarpetkę, skoro można ja było tak ulepszyć. Jak ja lubię kombinować! No więc wykombinowałam sobie coś takiego:

skarpetki 1

Wracając do Tuwima, poza kwiatami widocznymi na zdjęciach, rodem z polskiego pola, więc niezaprzeczalnie polskimi, znalazłam dzisiaj jeszcze jedną analogię do moich skarpetek. Uwaga, uwaga, czas na dygresję. Kiedy mój Mąż wspaniały i najlepszy zobaczył wzór, według którego dziergam, stwierdził, że na dobrą sprawę mogłabym się nadać na tłumacza języków dalekowschodnich, bo jak już coś takiego potrafię rozszyfrować… Wytłumaczyłam Mu, że tutaj tych znaków mam tylko kilka (ale i tak z dziką radością wskazałam Mężowi ten, który wydał się najbardziej pokręcony, a ja wiedziałam, co oznacza, ha ha ha), a w japońskim jest ich bodajże dwa i pół tysiąca, w chińskim chyba ze cztery tysiące, więc daleko mi jeszcze do takich umiejętności. Tak też Mąż wywołał temat rozszyfrowywania, który w przytoczonym przeze mnie fragmencie poematu Tuwima też się pojawił. Tyle tylko, że Tuwim pisał o hieroglifach.

Dzisiaj to tyle. Ja zabieram się za porządki, a zaraz potem – za wykańczanie skarpetek. Do zobaczenia niebawem!

skarpetki 3

skarpetki 41

Jeszcze jedno muszę dopisać: szukałam słowa „skarpetki” w języku japońskim i znalazłam je bez problemu, ale znalazłam też coś ciekawego. To coś nazywa się tabi. Tabi to tradycyjne japońskie skarpetki z… oddzielonym dużym palcem! No i proszę, są i mają swoją nazwę. Tradycyjne tabi są białe, a wykonane z grubszego materiału mogą służyć za buty. Zachęcam do pooglądania tej strony. Zobaczcie, czego to ludzie nie wymyślą i to nie chodzi tylko o tabi, to nawet nie chodzi tylko o skarpetki dla ludzi 🙂 Przygotowywanie wpisów na bloga może być powodem radosnych chichotów na widok tego, co się przy okazji znajduje.